Gdy z gór zaczyna schodzić woda, mieszkańcy nisko położonych miejscowości mają niewiele czasu na reakcję. Marian Błachut uważa, że bez wspólnego systemu prognozowania samorządy nadal będą działać po omacku.
W Czechowicach-Dziedzicach problem nie kończy się na samych wałach czy zbiornikach. Największym wyzwaniem jest czas: ta woda spływająca z gór to jest kwestia kilku godzin, kiedy mamy problem - mówi burmistrz Marian Błachut.
Dlatego apeluje o narzędzie, które pokaże z wyprzedzeniem, gdzie i przy jakiej skali opadów dojdzie do powodzi. Jego zdaniem taki system powinien działać w skali kraju i służyć zarówno Wodom Polskim, jak i samorządom.
Mapa ryzyka zamiast zgadywania
Błachut proponuje rozwiązanie oparte na danych o terenie, wałach, pojemności międzywala, rzekach, potokach i prognozowanych opadach. Na tej podstawie można byłoby przygotowywać mapy pokazujące, które miejscowości i obszary zostaną zalane przy konkretnym scenariuszu pogodowym.
Jak podkreśla, taki system nie tylko pomógłby wcześniej reagować na zagrożenie. Ułatwiłby też wyznaczanie miejsc, gdzie inwestycje przeciwpowodziowe są najpilniejsze. W jego ocenie pieniądze można byłoby kierować tam, gdzie ryzyko i możliwe straty są największe.
Problem, jak zauważa, polega również na tym, że gminy mają obowiązki związane z bezpieczeństwem mieszkańców, ale naturalne cieki wodne pozostają w gestii Wód Polskich. Samorząd odpowiada więc za ochronę przeciwpowodziową, choć nie ma pełnej kontroli nad rzekami i potokami.
Niżej położone miejscowości płacą najwyższą cenę
Najbardziej narażone są miejscowości leżące niżej w zlewni, do których woda spływa z górskich terenów. W przypadku Czechowic-Dziedzic przez miasto przepływa pięć rzek zasilanych potokami mającymi źródła w górach.
- Dla naszej wody, tej, która spada w Czechowicach-Dziedzicach, już miejsca w rzekach nie ma, bo rzeki są wypełnione wodą, która z góry spływa z tych miejscowości - mówi burmistrz.
Gdy poziom wody rośnie, zamykają się klapy zwrotne. Wtedy lokalne kanały i cieki tracą odpływ, a woda zaczyna rozlewać się po terenach zagrożonych.
Miasto już inwestuje w zabezpieczenia. Dzięki dotychczasowym działaniom udało się zbudować rezerwę o pojemności 50 tys. m sześc., ale - jak zaznacza Błachut - potrzebna jest co najmniej druga taka rezerwa. Wszystkie dotychczasowe działania inwestycyjne były finansowane z własnych środków samorządu.
Wspólne działanie w jednej zlewni
Burmistrz zwraca uwagę, że skuteczna ochrona nie może kończyć się na granicy jednej gminy. Potrzebne jest planowanie dla całej zlewni, bo woda nie zatrzymuje się tam, gdzie przebiega administracyjna linia na mapie.
Według niego współpraca między gminami położonymi wyżej i niżej mogłaby wyraźnie ograniczyć zagrożenie. Zatrzymywanie wody w górnych partiach zlewni mogłoby obniżyć falę powodziową nawet o 30-40 cm.
- Gdyby było takie narzędzie i zobrazowałoby scenariusz, to byłyby pewnego rodzaju dowody, których nie można byłoby zakwestionować, bo woda sama pokazałaby słabe ogniwo, słabe miejsce, gdzie już ją trzeba redukować, bo niżej, parę kilometrów niżej będzie katastrofa - mówi Marian Błachut.
Jak dodaje, taka różnica w poziomie fali ma dla Czechowic-Dziedzic realne znaczenie, bo woda od lat potrafi tam wychodzić z brzegów i zalewać te same tereny.
Retencja ma też drugi wymiar. Zbyt szybkie odprowadzanie wody rzekami do Bałtyku oznacza, że tracony jest cenny zasób słodkiej wody. Zatrzymywanie jej wyżej w zlewni mogłoby więc pomóc zarówno przy powodzi, jak i w czasie niedoboru opadów.
Po powodzi, która we wrześniu 2024 r. dotknęła południowo-zachodnią Polskę, temat nie stracił aktualności. Dla mieszkańców regionu to wciąż pytanie o to, czy kolejne ulewy znów dadzą się wyprzedzić - i czy samorządy dostaną do tego narzędzia, których dziś, jak mówi Błachut, nadal brakuje.
Czytaj także: Ekstremalne zjawiska pogodowe wymuszają zwiększenie środków na pomoc


.png)













.png)


















