Do rzek spływają zanieczyszczenia z rolnictwa i systemów kanalizacyjnych, a potem wraz z ich wodami trafiają do morza.
Morze Bałtyckie to jeden z najbardziej obciążonych eutrofizacją akwenów na świecie, czyli obszarów, w których woda jest nadmiernie nasycona związkami azotu i fosforu. Mimo że w ostatnich dziesięcioleciach ilość tych substancji przedostających się do morza wyraźnie spadła, stan całego ekosystemu wciąż jest zły. Dalsza poprawa zależy przede wszystkim od zmniejszenia zanieczyszczeń pochodzących z rolnictwa oraz gospodarki ściekowej.
Eutrofizacja pojawia się wtedy, gdy do środowiska trafia zbyt dużo biogenów, czyli składników potrzebnych roślinom do wzrostu. Azot i fosfor są szeroko wykorzystywane między innymi w rolnictwie jako elementy nawozów. Podczas deszczu część tych związków może przenikać do gleby i wód powierzchniowych, a następnie z nurtem rzek docierać do Bałtyku. Źródłem skażenia bywają też ścieki, w tym te z nieszczelnych albo źle użytkowanych szamb. – W wodzie dochodzi do masowego rozwoju glonów i sinic, które potem opadają na dno, rozkładają się i zużywają tlen. W efekcie tworzą się obszary beztlenowe, czyli miejsca, gdzie po opadnięciu organizmów nie ma warunków do życia. Powstają martwe strefy – wyjaśnia Marcin Kotlarek, prezes Fundacji Race for the Baltic.
Z wyliczeń wynika, że eutrofizacja obejmuje około 94% powierzchni Morza Bałtyckiego. W tym akwenie występuje także siedem z dziesięciu największych martwych stref na globie, a ich łączny zasięg sięga niemal jednej piątej powierzchni morza. Skala zjawiska mocno zwiększyła się w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. W latach 60. obszar dotknięty eutrofizacją i powiązanymi z nią strefami bez tlenu wynosił około 10 tys. km², dziś jest to już około 70 tys. km².
Na słabą kondycję Bałtyku wpływa również jego budowa i położenie. To morze płytkie, którego średnia głębokość to około 52 m. Dla porównania średnia głębokość Morza Śródziemnego sięga mniej więcej 1450 m. Bałtyk otrzymuje także ogromne ilości wody słodkiej z około 250 rzek, w tym z kilku największych cieków regionu, a jednocześnie jego wymiana wód z Morzem Północnym jest bardzo ograniczona. Pełne odnowienie wód Bałtyku zajmuje około 30 lat. – Badacze określili maksymalny poziom zanieczyszczeń, jaki może trafiać do Bałtyku naturalnie, aby morze było w stanie samo się regenerować. Niestety wraz ze zmianami klimatu, ociepleniem powietrza i wzrostem temperatury wody ten bezpieczny limit ciągle się oddala. Dawniej wyznaczony poziom, oparty na nieco chłodniejszym klimacie i niższej temperaturze wody, jest już zbyt wysoki. To oznacza wyścig z czasem i z kryzysem klimatycznym – podkreśla Marcin Kotlarek.
Dane HELCOM pokazują, że w latach 1995–2022 Polska obniżyła łączny dopływ azotu do poszczególnych podbasenów Bałtyku o 9–32%. Dla wszystkich podbasenów poza Bałtykiem Właściwym udało się osiągnąć wymagany poziom tego ładunku. W Bałtyku Właściwym nadal trzeba zmniejszyć go o kolejne 19%. Jeśli chodzi o fosfor, Polska ograniczyła jego dopływ do tego podbasenu o 28%, lecz mimo tego poziom wciąż jest wyraźnie wyższy niż ustalony próg. W całym Bałtyku w latach 1995–2022 znormalizowany całkowity dopływ azotu spadł o 11%, a fosforu o 32%. – Bałtyk można porównać do wanny, do której przez wiele lat lała się mocno zanieczyszczona woda. Nawet jeśli teraz udaje się zmniejszać dopływ zanieczyszczeń, reakcja takiego ekosystemu widoczna jest dopiero po dłuższym czasie – tłumaczy ekspert.
Eutrofizacja nie ogranicza się wyłącznie do morza. Nadmiar azotu i fosforu występuje także w wielu polskich rzekach oraz jeziorach. Z przedstawionych danych wynika, że ponad trzy czwarte krajowych wód śródlądowych można uznać za eutroficzne. Ma to bezpośrednie znaczenie dla Bałtyku, ponieważ zdecydowana większość terytorium Polski należy do jego zlewni.
Około 80% wód spływających z Polski do Bałtyku pochodzi z dwóch największych rzek, czyli Wisły i Odry. Pozostałe 20% dostarczają mniejsze rzeki uchodzące bezpośrednio do morza, między innymi Łeba i Parsęta. – Z kolei 98% obszaru Polski leży w zlewni Morza Bałtyckiego. To sprawia, że nawozy naturalne spływające do gleby i wód w Wielkopolsce finalnie trafiają do Warty, stamtąd do Odry, a następnie do Morza Bałtyckiego. Analogicznie ścieki z szamba z województwa podlaskiego dostają się do systemu rzecznego, który prowadzi do Wisły i dalej do Bałtyku – wskazuje Marcin Kotlarek.
Zależność między stanem morza a tym, co dzieje się na lądzie, pokazuje, że ograniczanie eutrofizacji nie może dotyczyć wyłącznie pasa nadmorskiego. Ważne są również praktyki rolnicze, sposób oczyszczania ścieków i funkcjonowanie zakładów oraz portów położonych nawet setki kilometrów od brzegu.
Na ten właśnie związek zwraca uwagę Fundacja Race for the Baltic, realizując projekt „Bałtyk zaczyna się na lądzie”. Jednym z jego elementów jest ogólnopolska kampania edukacyjna „Widzisz sinice?”, której celem jest pokazanie, jak codzienne decyzje mieszkańców wpływają na stan Morza Bałtyckiego. Fundacja chce doprowadzić do zmniejszenia dopływu fosforu do Bałtyku o 500 ton do 2030 r. Wśród kluczowych obszarów wymagających działań wymienia się rolnictwo, gospodarkę ściekową oraz działalność portów, gdzie przeładowuje się między innymi nawozy sztuczne, zboże i inne ładunki masowe. Jeśli takie materiały nie są odpowiednio zabezpieczone, również mogą być źródłem przedostawania się biogenów do środowiska. – Współpraca z rolnikami, samorządami, portami i firmami produkcyjnymi jest jak najbardziej możliwa. To jednak długotrwały proces, bo najprostsze działania, czyli budowa wielkich oczyszczalni ścieków, mamy już w dużej mierze za sobą – podsumowuje Marcin Kotlarek.
Czytaj także: Sinice zamykają kąpieliska. Problem dotyka nie tylko Bałtyku, ale również Śląska
fot. arch. red.
oprac. /kp/


.png)

















.png)










