Coraz częstsze komunikaty o zagrożeniu z powietrza stawiają pracodawców przed praktycznym pytaniem: jak reagować, by nie narażać ludzi, ale też nie wstrzymywać działalności bez potrzeby.
Po alertach RCB wysyłanych mieszkańcom woj. podkarpackiego i lubelskiego 17 września wielu pracodawców zaczęło sprawdzać, czy ich zakłady są przygotowane na podobne sytuacje. Ewakuacja pracowników urzędów pokazała, że zagrożenie z powietrza może szybko przełożyć się na decyzje organizacyjne, a jeden z dronów uderzył ok. 4 km od polskiej granicy.
W praktyce nie ma jednego schematu dla wszystkich firm. Inaczej należy patrzeć na obiekty o szczególnym znaczeniu, a inaczej na przedsiębiorstwa handlowe czy usługowe. Znaczenie mają też lokalizacja zakładu, jego infrastruktura oraz to, jak duże ryzyko wiąże się z daną działalnością.
Alert to jeszcze nie automatyczny stop pracy
Gen. broni rez. Tomasz Piotrowski, przewodniczący Platformy Bezpieczeństwa i Obronności Pracodawców RP oraz pełnomocnik zarządu Pracodawców RP ds. obronności, przypomina, że Kodeks pracy nakłada na pracodawcę obowiązek dbania o bezpieczeństwo i higienę pracy. Jeśli istnieje bezpośrednie zagrożenie zdrowia lub życia, praca powinna zostać wstrzymana, a pracownicy skierowani w bezpieczne miejsce.
Wątpliwość pojawia się wtedy, gdy firma dostaje sam alert RCB. Jak wskazuje Piotrowski, nie każdy komunikat oznacza jeszcze bezpośrednie zagrożenie dla konkretnego zakładu, a przepisy odnoszą się właśnie do takiej sytuacji. Problemem pozostaje więc ocena, czy sms o „aktywności lotnictwa" albo o „niezidentyfikowanym obiekcie" powinien uruchamiać kosztowne zatrzymanie pracy.
Brakuje jednej instrukcji dla firm i załóg
Przedstawiciele pracodawców podkreślają, że potrzebne są przejrzyste zasady, które pozwolą odróżnić przypadki wymagające natychmiastowego przerwania działań od tych, w których wystarczy zachowanie gotowości. Takie rozwiązanie powinno powstać we współpracy administracji, służb i biznesu, tak aby z jednej strony chronić pracowników, a z drugiej nie doprowadzać do niepotrzebnego chaosu w firmach.
Gen. Tomasz Piotrowski zwraca uwagę, że bez wspólnego działania państwa i sektora prywatnego może dojść do sytuacji, w której każdy podmiot zacznie tworzyć własne zasady reagowania. W jego ocenie oznaczałoby to tylko zamieszanie i dodatkowe straty.
Podobne sygnały płyną od związkowców. Bartłomiej Mickiewicz, zastępca przewodniczącego Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”, mówi, że do organizacji docierają pytania od pracowników, zwłaszcza z wschodnich części kraju, którzy nie wiedzą, jak mają się zachować po otrzymaniu alertu o zagrożeniu z powietrza.
Jak zaznacza, ogólne procedury bezpieczeństwa istnieją, ale nie są wystarczająco jasno przekazywane załogom. Wspomina też, że do pracowników trafia jedynie dokument z poradnikiem bezpieczeństwa, natomiast zabrakło informacji o tym, gdzie mają się udać i jak postępować w razie alarmu.
PIP zbiera pytania, MSWiA odsyła do odpowiedzialności pracodawcy
Na infolinię Państwowej Inspekcji Pracy trafiają już pytania dotyczące zachowania po otrzymaniu takich komunikatów. Główny inspektor pracy Janusz Krasoń przekazał, że inspekcja analizuje problem i przygotowuje wytyczne dla pracodawców.
Wskazał też, że firmy mogą same przejrzeć dotychczasowe zabezpieczenia: sprawdzić drogi ewakuacyjne, procedury przeciwpożarowe i aktualność szkoleń osób wyznaczonych do udzielania pierwszej pomocy.
Wiceszef MSWiA Wiesław Leśniakiewicz poinformował z kolei, że resort nie pracuje obecnie nad osobnymi wytycznymi dla pracodawców po alarmie o zagrożeniu atakiem z powietrza. Podkreślił, że to pracodawca odpowiada za bezpieczeństwo pracowników i powinien ocenić dostępne miejsca schronienia oraz wskazać ludziom bezpieczne miejsce, jeśli pojawi się zagrożenie.


.png)

















.png)














